Czasem kupuję książki nieprzemyślane, po szybkim przeglądnięciu, właściwie to po ledwie pobieżnym zerknięciu do środka. Sama nie wiem, czym się sugeruję robiąc taki zakup. Ceną, że tanio? Może autorem, że poczytny?

W ten sposób pośród mądrych, pięknych książek trafiają się szkarady, które straszą ilustracjami w mniejszym bądź większym stopniu, ale jednak zawsze straszą.

Poniżej dwie z takich „perełek”. Zerknęłam na autorów wierszy, potem na cenę, następnie na ilustracje na początku i końcu książki. Były przyjemne, więc kupiłam. W domu oglądnęłam również środek…

Rozumiem, że takie teraz czasy, że ilustratorzy używają programów graficznych, ale niechże one będą narzędziem służącym do polepszenia jakości ilustracji. Nie lubię, kiedy artyście się nie chce. Za takie ilustracje to ja nie podziękuję.

Tu ładne, ręcznie rysowane i komputerowo „podrasowane” ilustracje. Mogą być.

A w środku jakieś nieporozumienie.

Drugi nietrafiony zakup. Ilustracje i tu sprawdzone tylko na początku i końcu, są niczego sobie.

W środku kompletna kaszana! Najwyraźniej autor zatrzymał się w artystycznym rozwoju na animacjach disnejowskich w wykonaniu piątoklasisty.

Proszę przyjrzeć się tym dwóm twarzom. Że też jeszcze ktoś drukuje paskudztwa, które widać na drugiej ilustracji.

Cóż, czytamy tylko te wiersze, które mają ładne obrazki. No i teraz dokładnie oglądam książki zanim je kupię.