Pamięć jest wybiórcza, wspomnienia odciskają się z niejednakową siłą, każdy pamięta tylko to, co dla niego jest ważne lub budzi żywsze uczucia, pozytywne bądź też negatywne.

Wyobraźcie sobie, że jest rok 2002.

Aż do wakacji ten rok upływał dla mnie tak, jak niemal całe moje życie. W lipcu pojechałam na zjazd młodzieżowy, jednak po dwóch dniach byłam zniecierpliwiona i smutna, nie znalazłam tam tego, którego szukałam. Trzeciego dnia, razem z koleżankami, postanowiłam opuścić zjazd przed czasem i przyjechać prędzej w inne, zaplanowane, miejsce – na kolonię do Świebodzina. Byłam tam już dwa razy, pierwszy raz, gdy miałam osiem lat, drugi w wieku czternastu lat. Przywoziłam ze sobą zawsze piękne wspomnienia, drugi raz był tym bardziej wspaniały, że zostałam ochrzczona Duchem Świętym, dostałam dar modlitwy obcymi językami.

Teraz wracałam w te gościnne progi, ale tym razem miałam być pomocą dla sióstr w kuchni. Przyjechałyśmy dzień prędzej, nikt się nas jeszcze nie spodziewał, trafiłyśmy akurat na wieczorną modlitwę. Weszłyśmy na palcach na salę, stanęłyśmy cichutko i przysłuchiwałyśmy się, jak dzieci dziękują Bogu w indywidualnych modlitwach. Stałam tam, słuchałam, a z serca spadał mi ciężar, jeden po drugim, łzy lały mi się z oczu, dusza śpiewała, wracała wiara, znalazłam wreszcie. Byłam w domu.

Tak się zaczęła moja przygoda z kolonią, wracałam tam co roku jeszcze przez sześć lat, stęskniona i szczęśliwa, że mogę znów zobaczyć bliskie mi osoby i odwiedzić znajome miejsca. Do dziś chowam w sercu wszystkie sprawy, w których dane mi było uczestniczyć. Jest ich mnóstwo, najczęściej to osobiste przeżycia. Były jednak i takie, które pewnie nie raz wspomnę. Dziś napiszę tylko o jednym.

Po kilku latach od mojego pierwszego przyjazdu na kolonię, zaistniała możliwość postawienia rozkładanego basenu dla dzieci, z którego skwapliwie skorzystano. Dzieciaki jechały na kolonię z jeszcze większą radością, bo w basenie mogły się pluskać niemal codziennie, warunkiem była tylko sprzyjająca pogoda. Basen był ogromny, wodą napełniali go strażacy, zbyt długo trwałoby napełnianie go wodą z kranu. Pewnego bardzo gorącego lata okazało się, że strażacy nie mogą przyjechać z powodu ogromu pożarów. Co to był za zawód… dla wszystkich, dzieci i dorosłych. Żal nam było patrzeć na smutne buźki naszych podopiecznych, basen był dla nich świetną atrakcją, a tu tak nagle zostały jej pozbawione. To tak, jak by dać dziecku prezent i zabrać go tuż po tym, jak go rozpakowało. Nie było jednak rady, dzieciom trudno było wytłumaczyć, ale my, dorośli, rozumieliśmy, że sprawa jest tzw. wyższej wagi i nie ma na nią rady. Dzieci starały się zrozumieć. Następnego dnia podczas śniadania, jak podczas każdego posiłku, zgłosiły się dzieci, które chciałaby podziękować za jedzenie. Rączkę podniosła też najmłodsza kolonistka, dziś nie pamiętam ile miała lat, w każdym razie na pewno nie chodziła jeszcze do szkoły. Zamiast podziękować za jedzenie, swoim cieniutkim głosikiem powiedziała „Panie Boże, proszę Cię, żeby przyjechali strażacy i nalali wody do basenu. Amen”. To była cała modlitwa, jedno zdanie, na które wszyscy się uśmiechnęli. A po południu przyjechali strażacy. I napełnili basen wodą.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to przypadek, po prostu mieli czas. Tylko, że oni nie mieli czasu, a ja słyszałam tę prośbę i wiem, że ta dziewczynka wierzyła, kiedy się modliła.

Przez dwa  tygodnie takich zdarzeń, dowodów na to, że Bóg nas słucha i wysłuchuje, było znacznie więcej, a po kilku latach uzbierało mi się całkiem sporo podobnych, krzepiących wspomnień.

Dziś mam nadzieję, że moje dzieci zapragną kiedyś pojechać na kolonię do Świebodzina i wrócą bogatsi o dobre przeżycia. A może i mnie też kiedyś będzie dane tam wrócić?

Rok 1991, śpiewamy pieśni; ja to ten skrzat w czerwonym dresiku, to mój pierwszy w życiu wyjazd na dłużej bez rodziców, mam 8 lat.

Rok 2002 lub 2003.

Rok 2007.

Reklamy