Maria Montessori była Włoszką, która posiadała niezwykły umysł jak na czasy, w których przyszło jej żyć. Lata jej młodości to ten okres w dziejach Europy, który kobietom nakazywał być przykładną żoną i matką, każda inna rola była niepożądana i niemile widziana. Potrafię sobie wyobrazić, ile musiała znieść uszczypliwości, złośliwości, docinków od kolegów zanim, jako jedyna kobieta, ukończyła studia medyczne z tytułem „Dottoressa”. Miała trzydzieści lat, kiedy wymyśliła nurt pedagogiczny, który zrewolucjonizował nie tylko nauczanie, ale w ogóle postrzeganie dziecka. Przede wszystkim strąciła nauczyciela z piedestału, zrobiła z niego człowieka omylnego, który jest po to, by pomóc dziecku stać się samodzielnym.

Była też matką, urodziła nieślubne dziecko w pruderyjnym aż do przesady kraju, po czym… oddała je do adopcji, bo tego zażądała matka; po jej śmierci zabrała nastoletniego Mario do siebie. Jest bardzo ciekawą postacią, ja widzę w niej zdecydowaną, ciepłą osobą, z tendencją do przesady.

Maria Montessori uważała, że zabawki przeszkadzają w rozwoju dziecka, jedynie pomoce dydaktyczne stymulują jego rozwój. Ucząc dzieci, używała sztućców, tłukących się talerzy, piekła i gotowała z nimi, pielęgnowała ogródek, pozwalała na swobodną zabawę bez gimnastyki, a zadania miały być tak skonstruowane, by dziecko samo mogło ocenić ich rezultat. Być może brzmi to skomplikowanie, w rzeczywistości to bardzo proste.

Jednym z przykładów pomocy dydaktycznych są cylindry, które układają się rosnąco lub malejąco, a błąd widać wyraźnie i nie ma potrzeby, by nauczyciel poprawiał ucznia. Wystarczy zadać pomocnicze pytania; zamiast mówić „To zrobiłeś źle”, można zapytać „Który element wystaje/jest zbyt nisko,nie pasuje?”.