Kiedy kilka lat temu wyprowadziłam się z domu rodzinnego, zamieszkałam w ogromnym, pięciopokojowym mieszkaniu w kamienicy. Nie w całym oczywiście, wynajęłam pokój, który był niewiele mniejszy od całego mieszkania, które teraz wynajmuję.

Niska cena wynajmu szła tam w parze z opłakanym stanem mieszkania. Jednak jego potencjał był ogromny. Królowały tam poniemieckie meble, pięknie rzeźbione, solidne, ciemne, drewniane podłogi, ozdoby na suficie, płytki na ścianach dziś już niespotykane. Jednak wszystko ginęło w niedoświetlonych, niemalowanych od lat wnętrzach. Wyprowadziłam się stamtąd, kiedy tylko mogłam, ale wrażenia zostały.

Przez kilka lat moje upodobania wnętrzarskie zmieniały się razem z mieszkaniami. Przestały podobać mi się ciemne kolory na ścianach i ciężkie meble. Zaczęłam dostrzegać piękno skandynawskiego stylu.

Przeglądając zdjęcia w Pinterest.com trafiłam na białe wnętrza z meblami przypominającymi peerelowski styl. Trafiłam na fotel „366” Chierowskiego, figurki z Ćmielowa, ceramikę z Mirostowic (okazało się nawet, że niedawni kupiłam miseczki, które bardzo mi się podobały, nie wiedząc, że to mirostowickie), stoliki ze smukłymi, czarnymi nóżkami i się zakochałam.

Jeśli macie ochotę pooglądać wygrzebane z lamusa okazy polskiego dizajnu okresu PRL, polecam strony Uwaga śmieciarka jedzie-Wrocław, Wystawka i Wysoki połysk.

Bardzo trafne spostrzeżenie wyczytałam na pewnej stronie, brzmiało mniej więcej tak: Polski dizajn z lat ’60, ’70 i ’80 był i jest doceniany na świecie, i ma mnóstwo perełek, ale dopiero teraz przeżywa swój wielki renesans. Problem wtedy był taki, że polscy projektanci robili świetne rzeczy, ale trafili na zły moment w historii.

Źródło zdjęć: Pinterest.com