Lubię myśleć, że Antoś wyprzedza swoich rówieśników w rozwoju intelektualnym i fizycznym. Potem się karcę za takie głupkowate myślenie. Przecież prawie na pewno to bzdura, a poza tym to przecież zupełnie nieistotne. Rozwój dziecka to nie wyścig i w ogóle… Ale i tak patrzę na niego i myślę sobie: „Jaki on jest mądry… niesamowite!”

Doskonale rozumie polecenia, żarty, rewelacyjnie interpretuje emocje. Doskonale wie czego może się spodziewać po mnie, a czego po mężu. Pamięta też czego się oczekuje od niego i gdzie przebiega granica „pozwoleństwa”. Na przykład wie, że telefonem taty wolno się bawić (bo jest klawiszowy i jeszcze nie potrafi go odblokować:)), ale telefon mamy to absolutnie nie zabawka (bo dotykowy i odblokowuje go sobie bez problemu). Czasami, kiedy zostawię telefon nieopatrznie w zasięgu jego rączek, zabiera go z tajniacką miną i ucieka ze śmiechem w najciaśniejszy kącik. Wie, że na to może sobie pozwolić, a mama się pobawi, wyłaskocze, powie, że nie wolno, ale zamieni to w zabawę. Wie również, że stawać w krzesełku do karmienia absolutnie nie wolno. Jeśli czasem mu się o tym zapomni i słyszy pełne grozy ostrzeżenie mamy: „Antoś, siadaj! Nie wolno wstawać, bo upadniesz. Krzywdę sobie zrobisz, synu!”, to siada bez najmniejszego oporu, robiąc przepraszającą minkę.

Pewnie, że czasami próbuje przesunąć sobie granicę i wytyczyć swoją, trochę dalej niż ta rodzicielska. Głównie wtedy, gdy jest w towarzystwie innych dzieci. Jeśli plan idzie nie po jego myśli, potrafi położyć się na podłodze i płakać bardzo głośno i bardzo długo. Nieczęsto się to zdarza i radzimy sobie z tym bez problemu.

I tak wszystko szło gładko, aż pewnego dnia, z przyczyn wyjątkowych (właściwie nieistotne jakich, dość powiedzieć, że bardzo niecodziennych) przejął zachowanie bardzo nieprzyjemne. Późnym popołudniem byłam już u kresu wytrzymałości, brakowało mi argumentów, nic nie skutkowało. Absolutnie nic. No i przełożyłam Antka przez kolano i poczęstowałam go dwoma tęgimi klapsami.

Antoś najpierw był zaskoczony, potem wystraszony a potem wybuchnął płaczem. Długo się do mnie tulił, a ja go przepraszałam. Zła byłam na siebie. Za to, że go zbiłam, że zrobiłam coś, czego nie chciałam, że straciłam panowanie nad sobą, że złamałam swoją podstawową zasadę.

Synek uspokoił się wreszcie, ale tego dnia już się nie uśmiechnął. Bawił się, ale bez radości. Za każdym razem, kiedy chciał zrobić coś zakazanego-ale-nie-do-końca, patrzył na mnie ze strachem.

Był posłuszny ale nie dlatego, że go o to prosiłam, tylko ze strachu przed karą. Nie chcę, żeby tak było. Nie chcę, żeby mnie słuchał, bo boi się bicia.

Wcale nie jestem za bezstresowym wychowaniem. Jestem stanowcza i jak Antek mnie nie słucha, to zabieram mu nagrodę – to taka jego kara. Podobnie postępuje mąż. Ale cała sytuacja uświadomiła mi kolejny raz, jak krzywdzące jest bicie i jak bardzo mija się z celem.

Przecież kiedyś mnie zabraknie, nie będę zawsze stała koło syna, żeby prowadzić go za rękę.  Kiedy przyjdzie ten dzień, że zacznie sam podejmować decyzje to chcę, żeby robił to mądrze, według zasad, które staramy się mu przekazać. Jeśli kara będzie dla niego motywacją to co zrobi, kiedy jej zabraknie?

Dla mnie to była porażka wychowawcza, oby ostatnia tego rodzaju.

Na koniec, w celu rozluźnienia atmosfery, podrzucam Wam linka do skeczu kabaretu Hrabi. To takie bardzo luźne nawiązanie do tego, jak ważny jest sposób przekazania komunikatu, nie tylko sama jego treść.