Poruszę temat dla wielu ciężki i kontrowersyjny, a przecież bardzo nieskomplikowany: bicie dzieci.

Kiedyś byłam zwolenniczką klapsów w tak zwanych „uzasadnionych przypadkach”. Dziś jestem przeciwna. Przeciwna to mało powiedziane. Jestem głęboko przekonana o negatywnych, często destrukcyjnych skutkach bicia. Już wyjaśniam, dlaczego tak uważam.

Po pierwsze: W Nowym Testamencie czytamy, że kto kocha, ten karci. Dla mnie między karceniem a biciem nie ma znaku równości. Za to patrząc na życie Pana Jezusa i jego naukę wyciągam wniosek: skoro miłość ma być łagodna, wybaczająca, cierpliwa, dobrotliwa itd., skoro mamy kochać bliźniego jak siebie samego, to gdzie tu miejsce na bicie? W Starym Testamencie jest napisane, że syna należy bić (parafrazuję, tam użyte jest, zdaje się słowo „smagać). Tylko że prawo dla Narodu Izraelskiego było inne, niż nauka, którą zwiastował Jezus: np. mogli mieć kilka żon, oddawali złem za zło itd. Więc znowu wniosek: nie widzę w Biblii przyzwolenia na bicie dzieci. Jeszcze jeden, często przytaczany argument: „Pan Bóg karze zsyłając choroby” również nijak ma się do bicia. Jeśli ktoś wierzy w nieomylność Boga to wie, że On zna następstwa choroby, którą zsyła na człowieka.

Po drugie: rodzice biją dzieci z takich, między innymi, powodów: bo skończyły im  się argumenty, bo „zostali wyprowadzeni z równowagi”, bo rodzice też ich bili i to było dobre. Każdy z tych powodów pozawala na rozładowanie negatywnych emocji dorosłego, skupia się na uciszeniu dziecka „dla świętego spokoju”.

To prawda, że czasem dzieci mogą doprowadzić do „szewskiej pasji”, ale od tego jesteśmy starsi i mamy więcej doświadczenia, żebyśmy wykazali się pomysłowością. Nie bez powodu jest to tak urządzone, że dorośli wychowują dzieci, że dziecko rodzi się małe i jego funkcje życiowe ograniczają się do fizjologicznych. Rodzice mają czas na nauczenie SIĘ swojego dziecka i nauczenie DZIECKO reguł panujących w ich domu.

Po trzecie: nie znam pozytywnych efektów bicia. Z własnego doświadczenia i doświadczenia innych wiem, że ma ono jedynie negatywny wpływ. Tym bardziej, że bicie nierzadko wiąże się z innymi przykrymi doświadczeniami: krzykiem, wyzwiskami, obelgami, szydzeniem, naśmiewaniem się, poniżaniem, lekceważeniem.

Teraz troszkę o mnie: dzieci to moja pasja. Wielu ludzi z tematami „okołodzieciowymi” zderza się dopiero, kiedy pojawia się ich własne dziecko. Dla mnie ten temat jest bliski odkąd odrosłam od ziemi na tyle, by być nazywana „koleżanką”. Bawiłam się z dziećmi sąsiadów, zamiast z rówieśnikami. Kiedy zaczęłam wchodzić w wiek dojrzewania, na chwilę tylko wróciłam do świata równoległego mnie. Pamiętam, jakie to było zabawne, kiedy do drzwi ktoś pukał, rodzice otwierali, a na wycieraczce stało dziecko sięgające im mniej więcej do pasa i pytało: – Aaa… jest Kasia? Opiekowałam się dziećmi znajomych, za darmo i za pieniądze. Studia wybrałam pedagogiczne. Najpierw licencjat, potem dwuletnie magisterskie, których nie obroniłam i po kilku latach kolejne magisterskie, które obroniłam. Dało mi to sporo wiedzy teoretycznej i praktycznej, bo przecież studia wiążą się również z praktykami. Prowadziłam szkółki w kościele, jeździłam na kolonie w charakterze kucharki a potem opiekunki, pracowałam w żłobku i przedszkolu, opiekowałam się również przez półtora roku cudzym dzieckiem, które pokochałam niemal tak, jak kocham teraz własne.

Kiedy spoglądam wstecz na swoje świadome życie, to widzę, że tylko trzy lata mają niewiele wspólnego z dziećmi: niecały rok, kiedy przeprowadziłam się z rodzicami na wieś (a potem wyjechałam do Wrocławia) i dwa lata pracy w Rossmannie. Poza tym dzieci, dzieci, dzieci, dzieci…

Staram się czerpać z doświadczeń profesorów, który mnie uczyli, czytam, dowiaduję się, rozmawiam. Chcę być świadomym rodzicem – czyli przede wszystkim takim, który rozumie siebie. Nie jestem spokojna, bywam popędliwa, czasem jak wybuchnę, to masakra i chowajcie się ludzie. Męczy mnie i denerwuje głupota dorosłych. Jednak w stosunku do dzieci mam cierpliwość, mam też zdolność rozumienia ich; potrafię pogodzić surowość z miłością i sprawiedliwością. Niestety, nie rozciąga się to na dorosłych. Kiedyś nie wierzyłam, że to potrafię, ale spotkałam wspaniałego człowieka, który mi to uświadomił. Powiedział mi: Sama wiesz, ile jesteś warta. Wiem, a ta wiedza mnie mobilizuje do działania. Oczywiście to nie oznacza, że jestem zawsze spokojna w kontaktach z dziećmi. Też mnie czasem Antek denerwuje, szczególnie jak zasnąć nie chce, chociaż kiwam się na łóżeczkiem już pół godziny. Albo jak grymasi niemiłosiernie przy jedzeniu. Ale nie krzyczę, nie biję, nie syczę mu do ucha. Mówię mu najspokojniej jak potrafię, że jestem zdenerwowana, potem liczę w myślach do dziesięciu, a jak to nie skutkuje to wychodzę, żeby się uspokoić.

Wierzę, że każdy ma jakiś dar dany od Boga. Jeden pięknie gra na instrumencie, inny cudnie śpiewa, jeszcze ktoś potrafi mówić tak, że słowa wpadają do serca na bardzo długi czas. A ja potrafię opiekować się dziećmi.

ALE. Musi być jakieś ale. Ponieważ jest, jak napisałam wyżej, moją uwagę przyciągają zachowania dorosłych w stosunku do dzieci. To nie jest przyjemne, kiedy potrafi się wyłapywać niemal każdy gest ludzi stojących obok.

Wczoraj byłam z Antosiem na „naszym” placu zabaw (znaczy koło bloku, w którym mieszkamy) i znowu mi ciśnienie rosło. Jest tu taka kobieta. Ma dwójkę dzieci: maleństwo w wózku i chłopca, który ma cztery lub pięć lat. Wojtek mu na imię. Chłopiec kręcił się na karuzeli razem z innymi dziećmi, mama była odwrócona tyłem, rozmawiała z babcią innego dziecka. One pla pla pla, a dzieci dokazują. Wojtek zawiesił się rękami na karuzeli, a nogami ciągnął po ziemi. Mama odwróciła się, zobaczyła, co robi syn, podbiega, zaczęła wycierać chłopcu buty i wołać: „Co robisz! Wojtek! Będziesz miał całe pozdzierane noski!”. Buty były białe. Wróciła na swoje poprzednie miejsce, odwróciła się tyłem do dziecka i dalej pla pla pla. Dzieci zeszły z karuzeli, Wojtek wdrapał się na metalowy środek, który służy do rozkręcania karuzeli. Rozkręcił się i usiadł na kolanach i łokciach. Spadł. Buzią w dół, uderzył o ziemię, a po drodze nabrał rozpędu od kręcących się ramion karuzeli. Rozpłakał się a mama: „No i co robisz, co robisz!” Wojtek mocniej się popłakał i uciekł w żywopłot. Schował się tam, stoi i buczy. Wyglądał jak kupka nieszczęścia. Miałam ochotę krzyknąć: „Podejdź do niego! Przytul go, pociesz, a potem wytłumacz, ewentualnie daj karę, jak je stosujesz”. A ona z szyderstwem w głosie: „Dobrze ci tak. jeszcze raz tam wejdź i spadnij. No? Wejdź jeszcze raz, proszę bardzo, wejdź!”.

Nie mogłam tego słuchać. Zapakowałam Antosia do wózka i pojechaliśmy daleko od placu zabaw.

Dzisiaj zaglądam przez balkon i widzę, że nie ma tej kobiety. Wieje mocno, ale wyjść musimy choć na pół godziny. Idziemy więc na plac zabaw. Antos pokazuje, że chce do piaskownicy. No to do piaskownicy. Przychodzi mama z chłopcem, starszym od Antka gdzieś o półtora roku. Chłopiec zabiera Antkowi zabawki, burzy to, co zbudował, zasłania sobą miejsce, w które Antos właśnie chciał iść… takie małe złośliwości. Mama chłopca nie reaguje, stoi koło piaskownicy i patrzy na syna. Odczekuję chwilę, aż chłopiec się oddali, podchodzę do Antka. Biorę foremkę, robię babkę i pokazuję ją Antkowi. Cieszymy się, śmiejemy, Antek po swojemu coś do mnie mówi. Podchodzi do nas ten chłopiec, odpycha Antka, burzy to, co było ulepione i całym sobą pokazuje, że teraz on tu rządzi. Mama stoi i patrzy. No siekło mnie. Nie na dziecko, ma się rozumieć, a na matkę. Ale wiem, że jak coś jej powiem, to się rozedrze i nie ma sensu. więc mówię do chłopca SPOKOJNIE, naprawdę spokojnie i łagodnie (przecież wiem, że jego zachowanie jest wynikiem braku wychowania): „Dlaczego zepsułeś babkę? Przecież ona nie była dla ciebie zrobiona?” Mówię tak, bo to pytanie o powód, powinno pomóc dziecku się opanować i pomyśleć nad motywami jego postępowania. Poza tym to również zwrócenie uwagi na reguły panujące w społeczeństwie: przynależność i własność. Brzmi to zawikłanie i oczywiście wtedy o tym nie myślałam, zapytałam automatycznie, wiedząc już, jak się w takiej sytuacji zachować.

No i jak myślicie: co zrobiło dziecko, a co zrobiła mama? Dziecko się zawstydziło, uśmiechnęło, oddało foremkę i odeszło. A matka: „Jak pani może! Przecież to jest dziecko [a Antek to pewnie dorosły], normalne, że będzie zabierał i popychał [jak dla kogo normalne!].”Nie dla ciebie”, też coś. Paranoja. Chodź … [nie pamiętam imienia dziecka], idziemy stąd.” A chłopiec nie chce, wyrywa się i wraca do Antka i bawią się zgodnie. Matka go ciągnie i namawia, zaczyna to wyglądać naprawdę groteskowo. I mówi do dziecka: „Nie podchodź do tego małego, nie zrób mu krzywdy. Bo tu ta pani jest”. Nie daję się sprowokować, słowem się nie odzywam. Wiem, że o to jej chodzi. Jej złość jest wycelowana we mnie, nie w Antka, więc może sobie gadać, co chce. Wreszcie chłopiec ucieka w krzaki (cały plac zabaw okolony jest żywopłotami, krzakami i drzewami), kładzie się na workach ze zgrabionymi liśćmi. Prędzej ewakuowaliśmy się na huśtawkę. Słyszę, że akcja przy liściach nabiera coraz większych rumieńców i staram się tam nie patrzeć, żeby się nie irytować. Mama szarpie dziecko, krzyczy, ja nie wytrzymuję, sadzam Anta do wózka i wyjeżdżamy z placu zabaw. Po drodze Antoś chce dotknąć krzaczka. Zatrzymuję się, obmacujemy liście, wąchamy je itd. A tam nadal zamieszanie. Wyjeżdżamy z placu zabaw a matka już się drze, nie tylko krzyczy: „Coś ty zrobił! Zachowujesz się jak idiota! Do cholery, wstawaj mówię!”. Bez dalszego komentarza.

I jak nie zwrócić uwagi na takie zachowanie? Ja rozumiem, że dzieci potrafią zdenerwować. Rozumiem, że możliwe jest, że cały dzień ją denerwował i może męża z pracy wylali, a ona ma dość robienia za matkę-polkę, że może teściowa się wtrąca. I że każdy rodzic ma prawo być zły, smutny, zagniewany, mieć gorszy dzień. No ale są pewne granice, których nie powinno się przekraczać. Taką granicą jest przyzwolenie społeczne na agresję wobec dzieci. Na szczęście u nas poprzeczka powędrowała wysoko w porównaniu do kilkunastu lat wstecz.

Dzisiejszy wpis jest długi, bardzo osobisty i pisze go od kilku godzin, bo co chwilę Antoś domaga się uwagi. A jako że on jest przed blogiem postawiony, to sporo czasu upłynęło od chwili, gdy usiadłam do pisania. Myśli mi uciekły, pointa mi uciekła. Nie wiem zatem, co chciałam powiedzieć na koniec. Wnioski musicie wyciągnąć sobie sami.

Bardzo jestem ciekawa Waszego zdania. Jakoś mało ludzi komentuje moje osobiste wypowiedzi. Denerwuję Was? To dobrze, znaczy, że myślicie🙂 Macie inne zdanie? Napiszcie. Zgadzacie się? Też napiszcie. Ja też mogę się czegoś od moich czytelników nauczyć. Ze statystyk bloga widzę, że codziennie wchodzi tu ponad setka osób. Dużo to, czy mało, to już inna kwestia. Jednak niech by choć z dziesięć osób komentarz zostawiło!

Nie wyczerpałam tematu, pewnie gdzieś poruszę podobne kwestie.