„Dzieci nie są głupsze od dorosłych,

mają tylko mniej doświadczenia”

Janusz Korczak

Jak opowiedzieć, jakich słów użyć, żeby przekazać moje myśli i uczucia? Najlepiej będzie, jak opiszę sytuacje.

Stoję z Antosiem w przedsionku, w którym przebywają mamy i/lub ojcowie z dziećmi. Po niedługim czasie dołącza do mnie małżeństwo ze swoimi dziećmi. Antek podchodzi do koleżanki i próbuje ją pogłaskać, ale robi to po swojemu, nie dość delikatnie. Widzę to, więc podchodzę do syna, kucam i tłumaczę: – Antosiu, niewolno tak mocno głaskać, bo to boli. Lepiej będzie, jak pogłaszczesz delikatnie. Chyba to się dziewczynce bardziej spodoba. I zaraz słyszę z góry płynące słowa od mamy dziewczynki: – Myślisz, że on to rozumie (prycha ze śmiechem), Jasne, mamo, delikatnie, bo ja to rozumiem, ha ha ha.

Odchodzę i myślę: nie mów, że moje dziecko jest głupie. Lub że nie rozumie. Nie znasz ani jego ani mnie. Nie wiesz, czego uczymy je w domu, na co pozwalamy. Poza tym do dziecka trzeba mówić, jak najwięcej mówić. Tłumaczyć, wyjaśniać. Skąd pomysł, że nie rozumie? Bo nie chce posłuchać? Może tak tłumaczysz swojemu dziecku, że nie rozumie. Moje dziecko rozumie. Może nie każde słowo, ale na pewno sens wypowiedzi zrozumiało.

Inna sytuacja: Antoś spaceruje sobie z książeczką, w której tekst napisany jest po angielsku. Normalne, że większość maluszków ma ze sobą coś do czytania lub zabawy i się tym wymieniają. Jedna z dziewczynek bierze książeczkę Antosia, ogląda i zanosi swojej mamie. Widzę, że mama na mnie kiwa z uśmiechem, więc podchodzę, żeby odebrać książeczkę i taką rozmowę prowadzimy:  – A to Antoś umie czytać po angielsku? – Nie – mówię – ale po polsku też nie umie. – A ty umiesz? – Tak.

Odchodzę i myślę: bez przesady, co za trudność przeczytać „mister strong is wery strong”? Poza tym pytanie, czy Antek umie czytać jest złośliwe, bo ma roczek i wiadomo, że nie umie. I co z tego, że nie umie? W książeczce są ciekawe obrazki, do których można wymyślić tekst. No i to dobrze, że się teraz styka z angielskim, kiedy słowa wchodzą do głowy bez trudu, w końcu dorasta w świecie zdominowanym przez angielski.

I kolejna sytuacja: Antoś podchodzi do dziewczynki, która pije z butelki z RÓŻOWYM zakończeniem i przygląda się jej. Tato dziewczynki mówi do Antka: – Ale to jest picie dziewczynki. Ty masz na pewno swoje w swojej butelce, niebieskiej lub zielonej.

A ja znowu zgrzytam zębami i myślę: co to za głupia moda, żeby płeć dyktowała wybór koloru? Przecież to od gustu zależy, w tym przypadku rodziców. Akurat mamy kupić synkowi butelkę. I jak nic, teraz Antkowi kupię różowy bidon i będzie takim świecił!

Albo jeszcze taka sytuacja: siedzi mama z dziećmi, obok niej torba otwarta tak, że bez trudu można z niej wszystko wyciągnąć. Antek podchodzi, sięga do niej, ja tłumaczę: – Antosiu, to nie jest nasza torba. Rzeczy, które nie są nasze nie wolno brać. Ale tam jest nasza torba (pokazuję gdzie), możesz w niej sobie pogrzebać. I biorę syna za rękę, już mam zawrócić, kiedy tamta mama sięga po coś z torby, wyciąga w stronę Antka i mówi: – Masz Antosiu, masz. Trzeba zaspokoić ciekawość dziecka. Ja na to: – Nie rób tak. Jak słyszysz, że mówię do syna, że nie wolno, to nie dawaj. Uczysz dziecko, że słowa mamy są nieważne, że nie trzeba ich słuchać.

Odchodzę z Antkiem i myślę: Na wszystko jest czas i metoda, na zaspokajanie ciekawości też. Ale na pewno nabożeństwo to nie ten czas, a zaglądanie do cudzych torebek to nie ta metoda.

Tak więc, drodzy państwo, jeśli widzicie, że ja lub mój mąż stoimy obok naszego dziecka, wstrzymajcie się z komentarzem lub działaniem. My widzimy, naprawdę widzimy, żadne pomroczki nam na oczy ani na mózgi nie padły. Pozwólcie nam wychowywać nasze dziecko. Nie róbcie tego za nas. A jeśli waszym zdaniem robimy coś nie tak, z chęcią o tym porozmawiamy w czasie wolnym i nie przy dziecku.

Dziękuję.