Tagi

Antoś wielkimi krokami wszedł w etap uczenia się poprzez naśladownictwo. Zrobił to tak nagle, że ciągle z mężem nie możemy się przestawić z dziecka-zabawnego-i-obserwującego na dziecko-wszystko-obserwujące-i-naśladujące.

Kiedy wyciągamy pranie do powieszenia, Antoś koniecznie musi dostać choćby skarpetkę i dumnie z nią kroczy w stronę suszarki. Kiedy odkurzam, Antoś wyciąga miotłę i „odkurza” ze mną, naśladując moje ruchy. Nic to, że kij od miotły jest niemal dwa razy większy od niego! Dzisiaj przyłapałam go z mokrą ścierką kuchenną, którą ściągnął z kaloryfera, a którą powiesił sobie na szyi i od czasu do czasu rzucał na ziemię i z powrotem zakładał. Chyba ścierał kurze… z podłogi. Jednak ABSOLUTNIE NAJFAJNIEJSZE jest czyszczenie wucetu szczotką do tego celu przeznaczoną (fajnie się to robi również maminą szczotką do włosów, jednak ta ma za krótką rączkę i jak wypadnie z łapek to po zabawie). W ogóle kibelek to ciekawe miejsce. Rodzice siadają na czymś zakrywając dziurę, w której jest woda, potem odrywają kawałek papieru, wrzucają do dziury, spuszczają wodę, zamykają dziurę i myją ręce w miejscu z innymi dziurkami. To bardzo interesujące, więc Antoś wnikliwie obserwuje. Również wtedy, gdy używa się papieru toaletowego – zagląda, dokąd mama lub tato go wkładają i czemu tam wkładają.

Czasem, gdy mam ochotę załatwić sprawy kibelkowe w spokoju, a zamknięcie ubikacji nie wchodzi w grę, chowam Antosia do kosza na pranie. Dla niego to ekstra zabawa, dla mnie dwie chwile bez nadzoru. Poza tym synek w koszu to tak zabawny widok, że najczęściej chichramy się obydwoje do rozpuku – ja z Antka, bo śmiesznie wygląda, a Antek ze mnie, bo się śmieję.

Reklamy