Antoś wstaje o przyzwoitej porze, 6.30 to bardzo wczesna godzina dla niego na pobudkę i rzadko się zdarza. Jednak kiedy przyśni mu się coś przykrego i obudzi się nad ranem, przekładam go między mnie a męża. Dla mnie oznacza to koniec snu, ale w ciemności leżę sobie jeszcze z półtorej godziny, słucham oddechów moich mężczyzn i rozmyślam. Myślę  o znajomych, o przeszłości, o tym, co dziś zrobić nam i Antkowi na obiad, rozkładam na czynniki pierwsze ostatnią rozmowę z tą, czy inną osobą, organizuje dzień, o kolorach, o tym, jakich papierów użyję do nowego pudełka wybuchającego, o tym, że okna przydałoby się umyć, ale jest zimno i nie otworzę ich przy Antku, a poza tym namęczę się, a niedaleko jest budowa i za dwa tygodnie będzie z powrotem czarna powłoczka na framugach, że kaktusy mi ładnie wystrzeliły, o damsko-męskich relacjach, o dzieciach z kolonii i o tym, jak tam jeździłam, i że w moich wspomnieniach oni ciągle są mali, wchodzą mi na kolana, tulą się i proszą, żebym im bajkę opowiedziała, a potem widzę ich dorosłych i dziwię się, jak bardzo obcy się dla siebie staliśmy i kiedy to się stało…

Półtorej godziny to dużo czasu, a myśli biegną przez głowę jak błyskawica.

Ostatnio udało mi się wstać po cichutku nie budząc nikogo, wyciągnąć aparat, odsłonić roletę, która w ciszy chrobotała potwornie, i zrobić kilka zdjęć przepięknie wschodzącego słońca. W mieście to rzadkość, trzeba mieć nie lada szczęście, by je móc oglądnąć. Więc robię te zdjęcia a myślami jestem w rodzinnym Wąsoszu. Biegam po polach z Kazanem. Był taki czas, trwał chyba niecały rok, kiedy całymi dniami zostawałam sama w domu, nie miałam żadnych zobowiązań, żadnych nieszczęść (to jeszcze na długo przed zakochaniem było :)). Wtedy zakładałam Kazanowi obrożę, do torby pakowałam termos z kakaem, kanapki dla siebie i karmę dla Kazana, butelkę wody, książkę, pamiętnik i pióro i szliiiśmyyy… w nieznane. Brakuje mi czasem tych spacerów (co nie oznacza, że jestem nieszczęśliwa, ot! taki sentyment mnie tylko czasem ogarnia).

Rozgadałam się, a chciałam Wam tylko pokazać, jak pięknie świt u nas wygląda i jak czasem zamienia się w dziwne zjawisko pogodowe – mgłę. Niemal jak z książek Kinga:)