Tagi

, ,

Dwudziestego piątego września obroniłam pracę magisterską pt. „Doświadczenia szkolne we wspomnieniach członków mniejszości religijnych”.  Wybierając temat chciałam przede wszystkim opowiedzieć o Bogu, ale również sprawdzić czy mniejszości religijne doświadczają prześladowań. Przeprowadziłam wywiady z trzema osobami i w połowie moje przypuszczenie potwierdziło się. Jak to możliwe, że w połowie? Tego ujawnić nie mogę, bo respondenci nie udzielili zgody na publikowanie ich wywiadów i wyciągniętych przeze mnie wniosków.

Ponieważ wokół tematu pracy kręciło się moje życie przez ponad rok, to i przemyśleń mam sporo. Między innymi byłam zmuszona do ciągłego powracania do moich wspomnień ze szkoły podstawowej. Chcę troszkę o nich opowiedzieć, na świadectwo tego, że Bóg nie opuszcza tych, którzy mu ufają.

Wychowałam się w małej miejscowości, która na miano miasta nie zasługuje, właściwie to małe miasteczko. Mieszka tam około trzech tysięcy ludzi, więc na ulicy wszyscy wszystkim się kłaniają. Mało tego, wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Miasteczko nazywa się Wąsosz. Idzie więc taki wąsoszanin chodnikiem, kłania się, „Dzień dobry!”, i myśli: „A, to ten co ma chorą żonę”, albo” „To ta, co jej mąż się powiesił”. O mnie wiedzieli, że jestem inna, że do kościoła nie chodzę, że „kociawiara” jestem. Wiele razy słyszałam wykrzykiwane za sobą przezwiska. Nie przejmowałam się tym, bo rodzice nauczyli mnie stawiać czoła obelgom z uśmiechem. Kościół, do którego chodziliśmy (i nadal zresztą chodzimy) był w Lubinie, około pięćdziesięciu kilometrów od domu. Jeździliśmy tam co niedzielę, czasami też w tygodniu i tam miałam wiele koleżanek i kolegów. Na co dzień jednak byli zbyt daleko, by się z nimi przyjaźnić. Zadziwiające dziś dla mnie jest to, że spośród wszystkich możliwych dziewczynek, wybrałam sobie za koleżankę taką, która najbardziej mi dokuczała. Upatrzyłam ją sobie w pierwszej klasie, a potem wiedziona przyzwyczajeniem, rozpędem i romantycznym wyobrażeniem o przyjaźni  trwałam w niej.

Przez sześć lat podstawówki uczyłam się rewelacyjnie, zdobywając nagrody i świadectwa z czerwonym paskiem. W siódmej miało miejsce pewne zdarzenie, które zmieniło całkiem moje życie.

Zaczęło się od tego, że moja mama pewnego dnia stała w kuchennym oknie i przyglądała się światu. Ot tak, po prostu, patrzyła na pola i o czymś tam sobie myślała, a ja drzemałam w pokoju obok. Na chodniku koło bloku stała grupka dzieciaków, między innymi ta koleżanka-nie-koleżanka oraz kolega z klasy. I tak się jakoś złożyło, że w momencie, kiedy moja mama chowała głowę, wracając do swoich zajęć, kolega spojrzał w nasze okno i zdążył zobaczyć tylko chowającą się głowę z grzywką. Ponieważ wtedy mama i ja nosiłyśmy podobne fryzury, więc chłopak pomyślał, że to ja. Dopowiedział sobie do tego co nieco, i wyszło mu, że ich podsłuchiwałam.

A ja, nieświadoma burzy gromadzącej się nad moją głową, spałam mocno. Następnego dnia w szkole zaczęto mnie przezywać „gumowe ucho”, dokuczać, popychać. Na nic się zdały tłumaczenia. Z czasem zamieniło się to w nienawiść; większość dzieci zapewne nawet nie wiedziało, dlaczego mnie przezywa, ale idąc za tłumem, robiły to, co reszta. Pewnego zimowego dnia wybrałam się na lodowisko. Była tam również TA koleżanka, ze swoją młodszą siostrą i psiapsiółką siostry. Długo mnie piekły uszy od słów, które tam usłyszałam.

Nie mam pojęcia, czy zadziałała specyfika małej miejscowości, czy może inny czynnik, ale do ogólnej niechęci dołączyli się również nauczyciele. Dziś ze zdumieniem o tym wszystkim myślę. Rodzice nie wiedzieli, co się ze mną dzieje, bo się nie poskarżyłam. Nauczona byłam, że mam sama stawiać czoła problemom.

Przykre doświadczenia zaowocowały tym, że opuściłam się w nauce. Odwrócili się ode mnie niemal wszyscy, prócz jednej z dziewczynek, najbardziej pogardzanej przez większość.

Ów kolega, który już raz puścił na mój temat plotkę, zrobił to jeszcze wiele razy. Jedna z nich przyjęła się na dobre: przekonał klasę, że… zakochałam się w nauczycielu z fizyki. Pomysł absurdalny, biorąc pod uwagę mój charakter i wychowanie, ale dzieciakom spodobało się to. Siódma klasa to czas rozbudzających się hormonów. Dokuczał mi szczególnie z tym rzekomym zakochaniem ten „pomysłowy” kolega razem ze swoim najlepszym kolegą.

Nieprzyjemne, bolesne doświadczenia zbliżyły mnie do Boga. Na własnej skórze doświadczyłam samotności, rozczarowania, pustki itd. W Biblii znalazłam wiele słów pocieszenia, a w modlitwach znajomych z kościoła pokrzepienie. Pomimo trwającego prześladowania, postanowiłam przebaczyć wszystkim i odpowiadać na ich zaczepki spokojem i opanowaniem. Była to dla mnie trudna lekcja panowania nad swoimi uczuciami i emocjami.

Siódma klasa się skończyła, pojechałam razem z młodzieżą z mojego kościoła na kolonie do Świebodzina. Tam przyjęłam Pana Jezusa do swojego serca jako osobistego Zbawiciela. Zostałam również ochrzczona Duchem Świętym, czego znakiem była modlitwa innymi językami (tych, którzy nie wiedzą, o czym mówię, odsyłam do Biblii, do Dziejów Apostolskich).

Rozpoczął się kolejny rok szkolny. Już tylko rówieśnicy z klasy czasem mi dokuczali. Kiedy zbliżało się bierzmowanie, koleżanka-nie-koleżanka wraz z siostrą złożyły mi oficjalne przeprosiny.

Szkoła podstawowa szybko się skończyła. Rozpoczęła się szkoła średnia w oddalonej o 18 km Górze. Razem ze mną do klasy trafili wszyscy dojeżdżający z Wąsosza, między nimi najbliższy kolega tego, który puścił plotkę. Próbował mi jeszcze dokuczać, ale okazało się, że nie znajduje takiego posłuchu, jak w poprzedniej szkole.

W ogólniaku nadal byłam „ta inną”, ale nikt mi nie dokuczał. Chętnie i często opowiadałam o sobie, a koleżanki i koledzy akceptowali mnie. Wprawdzie ci, którzy byli z Wąsosza pielęgnowali w sobie wyniesioną z domu niechęć do odmienności, ale nie objawiało się to w żaden dla mnie przykry sposób.

W drugiej klasie znalazłam przyjaciółkę (a może to ona mnie znalazła, kto to wie…), chwilę później zaprzyjaźniłyśmy się z dwiema dziewczynami również z naszej klasy i tak we czwórkę przetrwałyśmy trudny okres dojrzewania:)

Obiecywałyśmy sobie dozgonną przyjaźń. Dziś kontakt utrzymuję tylko z jedną z przyjaciółek, jedną odwiedzam na Facebooku, a o jednej wiem tylko tyle, że wyszła za mąż.

Dzięki temu, co przeżyłam w szkole podstawowej nauczyłam się, że jeśli zaufam Bogu i temu, co napisane jest w Biblii, to nie mam czego się obawiać. W 2000 roku przyjęłam Chrzest Wiary (lub inaczej Chrzest Wodny). Nawet wtedy, gdy byłam daleko od znajomych i rodziny, z dala od osób, które mogłyby mnie wesprzeć, to nigdy nie byłam sama.

Advertisements