Tagi

, , ,

Być nianią to ogromna odpowiedzialność, zobowiązanie i takie tam.

Ale najfajniejsze jest to, że można dziecku poświęcić CAŁĄ swoją uwagę, bo nic innego nie trzeba robić. Odpada sprzątanie, pranie, obieranie ziemniorów – po prostu dbanie o dom i mnóstwo innych spraw niedotyczących dziecka, które normalnie trzeba zrobić.

Niania doświadcza stanu nienormalnego. Nie ma przemęczenia, bo po kilku(-nastu?) godzinach przychodzą rodzice, nie trzeba w nocy wstawać, bo pod łóżkiem zamieszkał potwór. Nianię omijają też poważniejsze choroby dziecka. Chyba, że jest nianią w stylu amerykańskim, znaczy mieszka w jednym domu z rodzicami i podopiecznym.

Z odpowiednim podejściem do dziecka (czytaj: na tyle odpowiedzialnym, by uczyło się ogólnie przyjętych zasad i na tyle luzackim, by umieć się zaciekawić odrębnością dziecka i nie przejmować się, kiedy jednak nie chce posłuchać) można mieć sporo uciechy i zabawy. Słowem: może być fajnie.

Kiedy zrezygnowałam z pracy w żłobku, postanowiłam zająć się opieką nad jednym dzieckiem. To była rewelacyjna decyzja.

Po kilkunastu tygodniach pracy zawiązała się między nami szczególna więź (by łatwiej było opowiadać, odtąd moją podopieczną będę nazywać Małą). Nie będę się skupiała na mojej relacji z rodzicami, dość powiedzieć, że życzyłabym takiej każdej niani. Chcę się skupić na Małej, by jednak opowieści nabrały pewnej wymierności muszę dodać, że ma ona półtora roku.

Mała dokładnie wie, w którym miejscu przebiega granica, której absolutnie nie wolno przekraczać, ale próbuje tę granicę przesuwać. Jest to sytuacja normalna, dorośli ludzie też tak robią co jakiś czas, jednak w przypadku gdy jedna ze stron nie umie mówić, te próby są czasami bardzo śmieszne.

Dzisiaj próbowałam różnymi sposobami namówić Małą, żeby jednak zjadła do końca śniadanie. Wyczerpałam cały arsenał argumentów i wreszcie powiedziałam, że nie będziemy się bawić, dopóki chleb nie zniknie z talerza. Po moich słowach Mała zaczęła nad czymś ciężko myśleć (co bardzo wyraźnie widać, czasami mam wrażenie, że usłyszę odgłos obracających się trybików:)) i wreszcie z szelmowskim uśmiechem wsunęła resztę chleba… do mojej buzi.

Brawa za inteligencję.

Ja muszę za to dokładniej dobierać słowa.

Moje uczucia do Małej są nie do opisania. Nie ma w nich miłości matczynej, jest za to przytłaczające uczucie odpowiedzialności. Strach o jej życie daje mi zdolność prawie jasnowidzenia. To dziwna cyrkulacja między sprawiedliwością i miłosierdziem. Odczuwam zadowolenie, kiedy widzę, że poradziła sobie z jakimś trudnym zadaniem, nie towarzyszy mi za to uczucie dumy z powodu jej osiągnięć. Kiedy patrzę jak śpi, czuję ogromne ciepło w sercu, całuję w czółko przed snem, ale nie mam potrzeby przyglądania się jej paluszkom i pięknym skądinąd rzęsom.

Tęsknię za Małą, kiedy dłużej jej nie widzę, ale jeśli trwa to jeden dzień lub dwa, nie zastanawiam się, co robi w danej chwili (poza nielicznymi wyjątkami).

Za nic nie oddałabym wspólnie spędzonych z Nią chwil. Kiedy wracam z pracy jestem tak uśmiechnięta, że ludzie się za mną oglądają:)

W zawód pedagoga wpisane są rozstania. Najpierw się człowiek nagimnastykuje, żeby było, jak trzeba, a potem za kilka lat maluchy nie rozpoznają na ulicy osoby, która podcierała im pupy.

Trzeba czerpać satysfakcję z teraźniejszości. Cieszyć się, że dziś było dobrze, udało się przekroczyć niewiedzę, odkryć kawałek świata.

Na koniec zostawiam Wam moją ulubioną piosenkę z dzieciństwa, która do dziś mnie wzrusza. Zapewne przez wspomnienia, bo na pewno nie przez aranżację:)

Reklamy