Tagi

, , , ,

Mam maszynę do szycia, więc szyję; najpierw etui na komórkę, potem hamaczek dla fretek.

Marzyła mi się paczłorkowa narzuta, więc długo się nie zastanawiając, przystąpiłam do szycia. Nie przeszkadzało mi, że nie potrafię pikować, prawie nie umiem szyć i nie mam ani jednej szpilki. Rzuciłam się na głębokie wody i mało się nie utopiłam.

Coś tam sobie poczytałam, jak robić, ale dość pobieżnie, bo mnie niecierpliwiły przydługie opisy. Skończyło się na tym, że najpierw zszyłam wszystko z ociepliną w środku, a dopiero potem pikowałam. Pomarszczyło się toto, poprzekręcało… Na koniec już pomroczki miałam przed oczami i szyłam już tylko, aby skończyć.

W połowie szycia w ogóle zorientowałam się, że nie dam rady uszyć płachty tak wielkiej, by przykryła duże łóżko, siły oraz cierpliwości zostało mi na narzutę przykrywającą mniejsze wyrko.

Pikowałam stopką normalną, bo nie chciało mi się zmieniać.

Wyszło dokładnie to, na co zapracowałam. Ciepłe, miękkie, krzywe, załatane w jednym miejscu, bo się rozlazło, kolorowe coś paczłorkowe.

Mam nauczkę, by czytać, planować, nie spieszyć się. I używać szpilek!

Wzorem głównym miały być białe kwadraty z brązowymi motywami i nawet nieźle to wygląda. Okazało się jednak po zaścieleniu łóżka, że zupełnie nie pasuje do pokoju. Leży więc sobie stroną niebiesko-kwiatową na widoku dla większej miękkości przy siedzeniu i ku uciesze fretek,  bo mają pod czym się chować.

A najwięcej przyjemności dało mi układanie kwadratów na samym początku pracy.

Advertisements