Tagi

, , ,

Nie pamiętam ile miałam lat, kiedy nauczyłam się czytać, pamiętam za to, że w czwartej klasie byłam już po lekturze „Quo vadis” i trylogii Sienkiewicza (którą zresztą przeczytałam w… pięć dni, leżąc całymi dniami w łóżku z powodu jakiejś niegroźnej choroby).

Dla rodziców musiała to być wtedy prawdziwa zmora – to moje namiętne czytanie. Zamiast się uczyć, chłonęłam kolejne powieści. Czytałam na przerwach, lekcjach religii ( na które nie chodziłam), w wannie, ubikacji, przy jedzeniu i przed snem. W ogólniaku trochę się to moje czytanie wyciszyło; znalazłam przyjaciółki (z których do dzisiaj ostała się tylko jedna) i czytanie odeszło na dalszy plan, choć nadal światło przy moim łóżku świeciło się do pierwszej, czasem drugiej w nocy.

Na początku czytałam książki z biblioteki szkolnej, potem zaczęło ich nie wystarczać i zapisałam się do Miejskiej Biblioteki Publicznej. Poza tym miałam jeszcze książki kupowane przez rodziców – a było ich mnóstwo!

Mój brat też lubi czytać, ale ubiegłam go w pomyśle zabrania z domu rodziców wszystkich naszych dziecięcych książek. Zawsze mi się marzyły wielkie regały, od podłogi do sufitu, zapełnione wspaniałymi książkami, białymi krukami i starymi sztambuchami, regały z przesuwaną drabinką.

Chciałabym odnaleźć książki z dzieciństwa, których tytuły i autorzy wylecieli mi z pamięci.

Nie mam pięknej biblioteki i dzisiaj czytam już o wiele mniej, ale nadal kupuję książki, czasopisma i miesięczniki. Próbowałam założyć karty biblioteczne dla mojego zbioru, ale ludzie patrzą krzywo nawet wtedy, kiedy zapisuję książki przez nich pożyczane, więc darowałam sobie karty. Poza tym, kiedy dotarłam do setnej książki – odechciało mi się całego tego pomysłu.

Pozostaje mi zapisywanie i własna pamięć, by książki wracały do mnie z powrotem.