Tagi

, , , ,

Z operacją to było tak:

Miesiąc temu urósł mi nagle brzuch. Zrobił się dosłownie jak bania; koniecznie próbowano mi wmówić, że to ciąża, której z całą pewnością nie mogło być.  W ostatni wtorek września, czyli 28, pojechałam do ginekologa. Pani doktor też stwierdziła ciążę, tylko dziwiło ją, że nie słychać bicia serca dziecka. Skierowania do szpitala nie chciała mi wypisać, tylko kazała udawać, że mam straszne bóle i pojechać na ostry dyżur.  Przecież nic mnie nie bolało!

Zrobiłam jednak jak mi „radziła”, bo byłam już nieźle wystraszona. Oczywiście pani, która mnie rejestrowała zorientowała się, że symuluję, ale skoro upierałam się, że boli, zgłoszenie dostała, więc doktora zawołać musiała.

Przyszedł pan doktor, pomacał po brzuszku i w brzuszku i stwierdził…torbiel!

Zatrzymali mnie, kazali położyć na oddział i zawołano jeszcze jednego doktora. Zanim jednak „przydzielili” mi łóżko, przeszliśmy do innej sali, z bardziej specjalistycznym sprzętem zapewne. Ja leżałam, a oni z bardzo niepokojącymi  minami komentowali to, co widzą na monitorze. Trójka ich była, rzucali sobie jakieś łacińskie nazwy, które mi nic nie mówiły. Sprzeczali się o jajnik.  Wreszcie jakaś decyzja zapadła, ale mnie kazano tylko czekać, aż ktoś wezwie mnie na badania.

Porobili badania, położyli do łóżka i kazali czekać.  W czwartek, ostatniego dnia września, obudzono mnie o 5.30 na lewatywę, która okazała się zupełnie bezbolesnym zabiegiem. Potem cewnikowanie, też bezbolesne, a potem bardzo wygodne:)

Była 8.00, kiedy wieziono mnie na salę operacyjną, ubraną w kusą koszulinę, zielony czepek i cewnik, z zabandażowanymi nogami aż po same pośladki, ale przykrytą prześcieradłem. Te bandaże to po to, jak mi wyjaśniła pielęgniarka, żeby krążenie po operacji było lepsze. Przewieziono mnie do sali wybudzeń, gdzie miałam czekać, aż zabiorą mnie na salę operacyjną. Porozmawiałam sobie z pielęgniarkami, salowymi i innymi paniami w czepkach, poprzyglądałam się, jak sprawnie radzą sobie z pakowaniem rzeczy potrzebnych do operacji. Przyszła pani anestezjolog, przedstawiła się, opowiedziała w skrócie, co będą mi robić, jak to będzie wyglądać i czego mam się spodziewać.

O godzinie 8.50 zawieziono mnie na salę operacyjną. Przyszedł jeszcze jeden anestezjolog, tym razem pan, którego już znałam. Zaglądnęli mi do gardła, nogi zostawili ułożone prosto, ale ręce rozłożyli na boki i umieścili w miękkich „rynienkach”. Przez głowę przemknęła mi myśl, że może będą chcieli mnie związać! Jasne, że nic takiego nie zrobili. Nie podano mi tabletki uspokajającej, nie było takiej potrzeby. Zaglądnęłam na „telewizorek” po prawej z tyłu, na którym wyświetlały się moje funkcje życiowe i stamtąd słyszałam głośne „pipczenie”, określające bicie mojego serca.  Zdążyłam zobaczyć cyfrę 70. Wtedy dostałam pierwszą dawkę środka usypiającego, co oczywiście prędzej pani anestezjolog mi powiedziała.

Spojrzałam na lampę nade mną i nagle zaczęła mi dziwnie wirować przed oczami. Ostatnie co pamiętam, to jak mówię: „Jeszcze widzę. Ale wszystko wiruje…” i koniec.

Obudziłam się na sali wybudzeń, miałam ciężkie powieki, spać mi się chciało, byłam zmęczona, jak bym przebiegła pół Wrocławia. Coś powiedziałam, chyba, że się obudziłam. Potem z karty dowiedziałam się, ze byłam intubowana. Wyobrażałam sobie, że powinno mnie bolec po tym gardło i że będą to robić „na żywca”. Nie robili i nie bolało.

Natychmiast mnie przewieziono na oddział zamknięty, po drodze jeszcze pielęgniarka, która nachylała się nad moją głową powiedziała z uśmiechem: „Wszystko dobrze. Widzi pani?”. Ja szukałam tylko jednej twarzy i musiałam mieć spanikowaną minę, bo nigdzie jej nie widziałam. Aż wreszcie usłyszałam tylko głos, który wołał mnie po imieniu, spojrzałam, zobaczyłam, że jest i zasnęłam. Budziłam się kilka razy, ale zaraz zasypiałam. Zdążyłam tylko zauważyć, że dowożą do sali jedną, a potem drugą dziewczynę, też śpiące. Około 18 obudziłam się na dobre. Podniosłam kołdrę i zobaczyłam swój biedny brzuch cały zabandażowany i razem z udami pomalowany na czerwono.

Pod czujnym okiem pielęgniarki, miałam pierwszą próbę siadania.  Usiadałam sama, posiedziałam jakieś pół minuty, zwymiotowałam herbatę i położyłam się wyczerpana.

O 20 już sama wstałam i posiedziałam chwilę, bez przykrych wypadków. W nocy przestał działać środek przeciwbólowy i musiałam zadzwonić po pielęgniarkę. Przyszła, zrobiła mi zastrzyk domięśniowo, w tyłek. Po tym zastrzyku miałam siniaka jeszcze przez tydzień.

Rano już wstałam sama, bardzo niepewnie doszłam do łazienki i sama się umyłam. Cały czas czułam straszny smród z ran.  W łazience było krzesełko na którym sobie przysiadłam i pomalutku cała się umyłam bardzo dokładnie, ale i tak to nic nie dało – nadal czułam ten zapach.

Zjadłyśmy wszystkie trzy śniadanie i czekałyśmy na doktora, który dzień prędzej się nie pokazał. Nie wiedziałam nawet, co mi wycięli , bardzo się niecierpliwiłam. Wreszcie przyszedł! Powiedział, że usunęli mi torbiel, w której znajdowało się półtora litra płynu, że nosiłam ją kilka lat i nie wiadomo dlaczego się zbudowała. No i usunęli mi prawy jajnik, który był sam w sobie zdrowy, ale tak zalany torbielą na około, że nie dało się  go nie wyciąć.

Powiedział też jedno zdanie, które mnie sparaliżowało: „Teraz czekamy na wyniki próbek z torbieli, żeby zobaczyć, czy nowotwór nie jest złośliwy.”  Zamiast uruchomić myślenie, to mi w głowie wyraz „nowotwór” zrównał się z „rak”. Dopiero dziewczyna, która leżała obok wytłumaczyła mi, że nowotworem nazywa się wszystko, co powstanie w ludzkim organizmie i nie powinno tam być.  Ufff!

Koło dziesiątej mogłam już jechać do domu.  To była straszna droga – czułam każdy kamyczek! Domowe łóżko okazało się strasznie niewygodne, za niskie i za miękkie.

W sobotę rano przestały działać tabletki i poczułam straszny ból w piersi. Nie mogłam się położyć, bo czułam dosłownie, jak wnętrzności mi się odrywają od siebie i przelewają w środku. Ból był nie do zniesienia. Stałam oparta o biurko i starałam się powstrzymać płacz, bo mi to utrudniało i tak nieznośne już oddychanie. Po chwili zaczął działać ketonal, ale bóle w piersi i to nieznośne uczucie odrywającego się żołądka nie ustąpiło. Czułam to przy każdej próbie przewracania się z boku na bok. Ból zmuszał mnie do myślenia o każdym oddechu.

Rozmawiałam o tym z mamą i okazało się, że podczas operacji klatka piersiowa (w moim przypadku pewnie brzuch, ale że to wszystko jest połączone ze sobą, to i klatka piersiowa) jest wypełniana dwutlenkiem węgla, żeby narządy nie były ze sobą posklejane. Zanim ten gaz się wchłonie, trwa to jakiś czas, czasem dwa-trzy dni. Rzeczywiście  żołądek dosłownie latał mi w brzuchu! Przyjechali też rodzice z bratem i bratową. Tato powiedział, że prosił o modlitwę w niedzielę w kościele za mną. Wiedziałam, że rodzice i znajomi będą się o mnie modlić, ale że wszyscy… Zrozumiałam, dlaczego tak bezstresowo się odbyła operacja, bez tabletek i ze zdziwieniem lekarzy!

Po sześciu dniach od operacji mogłam już wstać z łóżka i się ubrać.  Nadal byłam osłabiona, szybko się męczyłam, ale mogłam jeść  „normalne” rzeczy, umyć głowę i posiedzieć w całkiem pionowej pozycji. Po tygodniu pojechałam na ściągnięcie szwów. Przez niedopatrzenie pielęgniarki zostawiono mi szew długości dwunastu milimetrów, który ropiał i trzeba go było usunąć pęsetą. Po dwóch tygodniach odebrałam wyniki i okazało się, że to niezłośliwy nowotwór jajnika.

Tydzień temu byłam już na trzygodzinnym spacerze i wszystko było ok.

Dziś byłam u ginekologa, który potwierdziła, że wszystko ładnie się pozagajało i od wtorku wracam do pracy.  Już nie mogę się doczekać, aż zobaczę dzieci. Kiedy byłam zawieźć przedłużenie zwolnienia, Maja i Natalka wyciągały do mnie rączki z tym ich szelmowskim uśmieszkiem, aż mi się ciepło na sercu zrobiło.

I oto cała historia. Właściwie to nie cała, ale to, co moim zdaniem najważniejsze, zostało wpisane. Morał płynie z tego taki:

Nie bać się ginekologa i chodzić się badać, dziewczyny!!!!!

Ja też nie chodziłam, nie badałam się i ot – co mi wyrosło. A nic mnie nigdy nie bolało, zaznaczam!

Reklamy