Tagi

, , , ,

Od zawsze kochałam zwierzaki. Jeśli tylko pozwolili mi na to rodzice, przygarniałam bezdomne psy i koty.  Mieszkaliśmy na ostatnim piętrze bloku, więc jaskółki pod naszymi oknami lepiły gniazda. Często przynosiłam do domu nieopierzone pisklaki znalezione na chodniku i starałam się uratować je ze wszystkich sił(najwięcej much lata przy śmietniku, więc stałam tam i łapałam „jedzonko”). Mój brat ma alergię, więc wymarzony pies był, wydawało się, nieosiągalny. Obiecałam sobie któregoś razu, że kiedy już zamieszkam sama, będę mieć tyle zwierząt ile tylko będzie w stanie pomieścić mój dom. Oczywiście tego dziecięcego marzenia nigdy potem nie traktowałam na serio.

Któregoś razu wracałam ze szkoły, zupełnie nieświadoma małego szczęścia które zaraz mnie spotka. Mój brat wracał ze spaceru i pomagał wejść po schodach małej, czarno-białej kulce. Nie mogłam uwierzyć, że to cudo będzie MOIM pieskiem! Dorosła już byłam, więc kilka łez szczęścia, nieprzyzwoitych, jak mi się wtedy wydawało, wytarłam ukradkiem. Mały Kazan towarzyszył mi już prawie zawsze. Wyjątkiem były wyjazdy do kościoła i szkoły.

Teraz Kazan jest z rodzicami; na wsi mu znacznie lepiej. Próbowałam go oswoić z Wrocławiem, ale kiedy po trzech dniach nadal nic nie jadł, odwiozłam go z powrotem do rodziców i już nie próbuję uszczęśliwiać go na siłę.

Brakowało mi jednak jakiegoś zwierzątka. Musiało to by coś szczególnego, w czym zakochałabym się od pierwszego wejrzenia:) Dwa i pół roku temu weszłam do sklepu zoologicznego, bez zamiaru kupienia czegokolwiek, ot, takie sobie oglądanie. No i zobaczyłam ją wtedy. Szara, ze sterczącymi po bokach uszkami i długim ogonkiem. Była najpiękniejsza ze wszystkich szczurów Dumbo i w ogóle ze wszystkich zwierzątek. No i tak zostałam szczęśliwą właścicielką Luny.

Po dwóch latach Luna zdechła. Pusto się zrobiło, więc po niedługim czasie zaadoptowałam tchórzofretkę, którą znalazłam na stronie internetowej Fretkowa Akcja Adopcyjna. Po Rumo (który wtedy nazywał się Jimmy – brrr!) musiałam pojechać do Poznania. Był mały, źle karmiony i strasznie śmierdział. Rumo jest ze mną do dziś i pewnie jeszcze długo pobędzie. Odpowiednio karmiony i pielęgnowany nie śmierdzi już tak okropnie (ale osobom wrażliwym na zapachy odradzam kupno fretki).

Oczywiście po drodze opiekowałam się wieloma innymi zwierzakami, np. chomikami Kubusiem, Myszką i ich licznym potomstwem, kuną leśną Miką, jeżem Tuptusiem; raz nawet zawitały do nas na troszkę zające, które nie zdążyły mieć imion.

Niżej przedstawiam trójkę prędzej wspomnianą: Kazana, Lunę i Rumo.

Advertisements